Telefon: 32 455 48 55

Teatr na własny użytek [WYWIAD]

Zachęca do dyskusji, uwrażliwia, daje pewność siebie. Teatr! Jego wpływy znacznie wykraczają poza scenę. To, co oferuje, rzutuje na różne aspekty życia. Uszlachetnia je w wielu wymiarach. Pokazuje, że to, co towarzyszy twórczemu procesowi jest na równi ważne, co spektakularny efekt końcowy. A przekonuje o tym Dorota Krawczyk, pedagog i instruktor tworząca z miłośnikami Teatry „Szydło” i „Szydełko” w WCK.

Sztuka otwiera przestrzeń do…?

Dorota Krawczyk: Na pewno jest przestrzenią do wyrażania emocji, nawet takich emocji, o których nie wiemy, że je posiadamy. Dzięki niej można bardzo głęboko zajrzeć w siebie. Sztuka jest też dla mnie osobiście znakomitym narzędziem i metodą wychowawczą do pracy z dziećmi i z młodzieżą. Daje ona naprawdę fantastyczne rezultaty. To na pewno jest też przestrzeń do uwrażliwiania człowieka, do otwierania mu oczu – żeby patrzył szerzej, wnikliwiej, dalej. W końcu jest przestrzenią do odkrywania pasji.

Jak to się stało, że właśnie teatr skradł Twoje serce?

Od dziecka lubiłam wszelkie formy pracy estradowej, tanecznej i teatralnej. Zaczęłam od tego, że związałam się mocno z tańcem, ale wielokrotne kontuzje kolana spowodowały, że musiałam o nim zapomnieć. I tak, trochę przypadkiem, trafiłam w ruch teatrów rybnickich. No i tam już zostałam! Wkręciłam się w tamten klimat bardzo mocno. Trafiłam na świetnego mentora Izę Karwot, która wiele mnie nauczyła. Także tego, czym teatr może być, jaką ma siłę. Wtedy, gdy byłam nastolatką, teatr bardzo mi pomógł. Wyciągnął ze mnie wiele kompleksów, podbudował wiarę w siebie. Dobrze się w nim czułam, bardzo lubiłam tam jeździć. To był mój świat. Tam zaprzyjaźniłam się z wieloma ludźmi i te przyjaźnie trwają do dziś. Stąd też, kiedy byłam już starszą nastolatką, pomyślałam, że praca twórcza może być fajnym pomysłem na życie. I tak też się stało. To nasze „bycie w teatrze” miało taką bardzo istotną ideę, a mianowicie przekazywania iskierki teatralnej, iskierki przyjaźni dalej. Chcieliśmy te wartości nieść w świat. Wydaje mi się, że tę ideę kontynuuję, że dzielę się swoim zamiłowaniem z dziećmi, także własnymi i młodzieżą, z którą pracuję.

Wspomniałaś o najbliższych. „Teatr Bębenek” powstał z Twojej inicjatywy, ale czy w te teatralne poczynania musiałaś siłą angażować swojego syna Mateusza? Czy jednak przekonywać go do takich działań nie trzeba było?

Nie, tu nikt nikogo na siłę nie ciągnął ani absolutnie nie namawiał. To wyszło bardzo spontanicznie i naturalnie. Mój syn czuje pociąg do sceny. Bardzo lubi występować, bardzo lubi się bawić, ma bujną wyobraźnię, tworzy sobie własne światy. Uwielbia wszelkie formy artystyczne, bo nie tylko teatralne, ale i odnajduje się w muzyce, plastyce i widać, że wykazuje potencjał w tym kierunku. Często bawimy się w różne parateatralne zabawy. Od dziecka uwielbiał, kiedy czytałam mu książki, uwielbiał zabawę w teatrzyk cieni i pacynkowe zabawy. „Teatr Bębenek”, jaki wspólnie stworzyliśmy, jest poniekąd wypadkową tychże zainteresowań. Powstał w zaciszu domowym, a jego odsłony można zobaczyć w sieci, na youtubowym kanale Domowego Teatru Bębenek.

Jedna rzecz to potencjał, wrodzone umiejętności, a druga to rola rodzica, który potrafi młodego człowieka zainteresować światem sztuki. To rola obarczona odpowiedzialnością, by w ten świat wprowadzić umiejętnie, by zachęcić, a nie zrazić. Bo tak też być może. Jak Tobie udaje się podtrzymać ten artystyczny zapał u innych?

Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że to rodzicowi musi się chcieć. A z tym jest największy problem. Bo dziecko naturalnie uwielbia bawić się ze swoimi rodzicami, domaga się uwagi z ich strony, zwłaszcza takie małe, w wieku przedszkolnym. Sztuką jest w sobie znaleźć tę chęć i tę energię, bo rzeczywiście żyjemy szybko, tego czasu jest niewiele, szczególnie, gdy jest się rodzicem aktywnym zawodowo. Do tego dochodzą różne obowiązki domowe, ja mam jeszcze te wynikające z opieki nad małym dzieckiem, które ciężko z innymi pogodzić. Ale zakładając, że i rodzicowi chce się i dziecku także, ciąży na nas odpowiedzialność, by to dziecko uczyć rzeczy wartościowych. W przypadku teatru znajdziemy je w dobrych tekstach, w dobrej literaturze. Zakochana jestem bez pamięci w Elżbiecie Gorzkiej-Kmieć, którą zresztą poznałam osobiście, która pisze cudownie. Uwielbiam Danutę Wawiłow, Wandę Chotomską, Natalię Usenko, oczywiście cenię nieśmiertelnego Jana Brzechwę. Ich twórczość niesie przesłanie. Warto więc sięgać po tego typu literaturę, dzięki niej dziecko styka się z wysoką kulturą słowa. Poszerza się jego zasób słów. Naszym celem nie ma być robienie z dziecka gwiazdy, aktora! Ważne, by na tym etapie uczył się ładnie wypowiadać, by nabierał pewności siebie. To są ważne kompetencje. Idąc w pracę artystyczną przygotowujemy dziecko do myślenia abstrakcyjnego, matematycznego. Do nauk ścisłych bardzo potrzebna jest wyobraźnia. Żyjemy w czasach, kiedy telewizja, Internet bywają niezwykle atrakcyjne dla dziecka, młodzieży, ale mocno upośledzają ich wyobraźnię, bo oferują gotowe produkty, wszystko podają na tacy. Rolą rodzica jest znalezienie alternatywy, zaciekawienie dziecka inną formą spędzania wolego czasu. Rzeczą cudowną w zabawie z pociechami jest budowanie z nimi relacji, przyjaźni! Tego, że robimy coś razem. I to wcale nie musi być doskonałe, nie musimy mieć żadnego przygotowania reżysersko-instruktorskiego, bo nie o to chodzi.

No właśnie, co jest ważniejsze w takiej pracy z dzieckiem: efekt finalny, czyli przedstawienie czy też proces jego tworzenia?

Zawsze proces. On jest najistotniejszy, aczkolwiek dziecko zawsze się cieszy, jak ten efekt jest. Przyświeca mi taka bardzo ważna zasada: młodym człowiekiem musi mi zaufać, że się nie ośmieszy. Nie mogę publikować, w mojej ocenie czegoś, co może stać się przyczynkiem do drwin. Muszę zadbać o to, by materiał był dobry. Zatem, gdy decydujemy się na publikację danego materiału, musimy go lepiej dopracować. Natomiast jeśli są to tylko zabawy w zaciszu domowym, a efekty oglądają tylko najbliżsi, możemy pozwolić sobie na pełną spontaniczność, swobodę, czy na pomyłki. W kwestii „Teatru Bębenek” zdecydowałam się na formę publikowaną, bardzo bym nie chciała, żeby Mateusz, gdy podrośnie i natknie się na te filmy sieci, czegokolwiek się wstydził. Podobnie jest, gdy pracuję z Teatrami „Szydełko” i „Szydło”. Każdy element spektaklu jest pod tym kątem przez mnie rozpatrywany. To, jaki dana osoba ma strój, czy on jej nie kompromituje, nie podkreśla wad jej fizyczność itp. Dbam o to, by rola była dopasowana do aktora. Teatr zawodowy rządzi się zupełnie innymi prawami niż teatr amatorski. Teatr amatorski to jest teatr miłośniczy! To teatr aktora, to jego postać i to, co on tworzy, przeżywa na scenie jest najistotniejsze. Natomiast teatr zawodowy jest teatrem publiczności! To aktor dla widza tworzy, to widz jest istotny, jak i to, co on przeżywa. Zatem środek ciężkości i odpowiedzialności w tym przypadku jest inny. To, co w teatrze amatorskim dzieci, młodzież grają, co mówią, ma znaczenie. Historia, którą przedstawiają na scenie w żaden sposób nie może ich zdyskredytować.

Mateusz, w jakiś sposób, spuentował Wasze wspólne działania?

On przede wszystkim z tych działań jest bardzo dumy. Uwielbia je oglądać, chciałby nagrywać więcej, ale nie zawsze są ku temu okazje. Sporo ich powstało wówczas, gdy byłam na urlopie macierzyńskim. Teraz Mateusz chodzi do przedszkola, ja chodzę do pracy. Z powstałych filmów jest zadowolony i co zadziwiające, cały czas pamięta te teksty, a przerobiliśmy ich sporo. Zdarza się nam rozmawiać tymi tekstami.

Przesiąknęły do codziennego życia…

Tak, poza tym starałam się wybierać takie fragmenty, które wprowadzają w jego zasób słownictwa istotne pojęcia. Czym jest prawda? Czym kłamstwo? Co to jest optymizm i pesymizm? Rozmawialiśmy przy okazji też troszeczkę o polityce, o manipulacji, rozmawialiśmy o miłości, o małżeństwie…

To takie przygotowanie do życia…

Tak, bo filmy w ramach „Teatru Bębenek” są tak skonstruowane, że jest spektakl, potem pokazujemy, jak do tego spektaklu doszło, jak przygotowujemy stroje, rekwizyty, ilustracje i zawsze też na koniec jest rozmowa o temacie. Na przykład „Kaczka Dziwaczka” posłużyła nam jako pretekst do bardzo ważnej rozmowy na temat tego, kto to jest człowiek inny, dziwny. Czy słowa te mają zabarwienie pejoratywne, jak to jest żyć wśród ludzi będąc „innym”. To są bardzo ważne tematy i prosty wiersz, który otwarł pole do takiej dyskusji.

A jak teatr ma się w czasie pandemii?

Średnio. Teatry „Szydełko” i „Szydło” działają w reżimie sanitarnym. Mimo utrudnień pracujemy nad dwoma spektaklami autorskimi. Teatr „Szydełko” przygotowuje spektakl o relacjach damsko-męskich. Będzie to przezabawna historia o starciu sił. I choć tworzy go 17 dziewcząt i dwóch chłopców w grupie i z pozoru siły są na starcie nierówne, zobaczymy, czy nierówne zostaną do samego końca. Będzie to spektakl autorski, w którym wykorzystamy wiersze głównie Elżbiety Gorzkiej-Kmieć. Natomiast z Teatrem „Szydło” w związku z tym, że ma w 90 proc. całkowicie nowy skład, inaczej niż w Szydełku, który tworzą osoby działające w nim w poprzednich latach, głównie pracujemy nad techniką i warsztatem. Mamy już pomysły na spektakl, ale nie są one jeszcze skonkretyzowane.

Która z form teatralnych ostatnio Cię zainspirowała?

Czas, w którym tkwimy sprawił, że nagle zaczęliśmy tworzyć w małych przestrzeniach naszego domu. Prym wiedzie teatr stolikowi – okienkowy, pacynki, laleczki, cienie, ale cudowną formą jest teatr kamishibai – obrazkowy. To technika opowiadania, czytania, wykorzystująca plansze z obrazkami i tekstem oraz drewnianą skrzynkę, w której przedstawiane są kolejne fragmenty historii. Czyli mówimy tekst, może być nasz własny lub tekst wierszowany, innego autora i ilustrujemy go, wyciągając poszczególne karty z okienka. Można taki teatrzyk zrobić sobie samemu, wycinając takie okienko z kartonu, można też kupić gotowy zestaw. Polecam taką metodę do pracy z małym dzieckiem. Niezwykle rozwija wyobraźnię! A jeśli dziecko nieszczególnie lubi formę prezentacji teatralnych to niemalże każde lubi rysować i malować. Więc praca nad przygotowaniem teatru kamishibai w domowych warunkach może być tak podzielona, by dziecko przygotowało ilustracje, a rodzic opowiadał.

To też rzecz wykorzystywana w czasie ferii online z WCK.

Tak, ten rodzaj teatru z okienkiem komputera jest spójny. A zainspirowała mnie tą metodą Barbara Wójcik-Wiktorowicz, znakomita scenograf i instruktorka, człowiek teatru, pisząca wiele różnych projektów edukacyjnych, którą gościliśmy w WCK w ramach kursów teatralnych, jak i udało mi się z nią współpracować w Teatrze Sztuk w Jaworznie. Jest rozmiłowana w teatrze kamishibai od lat. Widziałam całe spektakle przygotowane tą techniką. I też tego chciałabym spróbować.

Co starasz się przekazać poprzez teatr? Wokół jakich zagadnień koncertujesz uwagę, co ważne jest dla Ciebie?

Trudne pytanie… Może na odwrót – nie, co dla mnie jest ważne, ale co istotne jest dla grupy. Jestem na zupełnie innym etapie życia niż moi aktorzy. Pracuję z amatorami. To nie ja do nich przychodzę z tematem, tylko razem tego tematu szukamy. Gramy naprzemiennie – bajki, po to, by aktorzy mieli możliwość częstego mierzenia się z widownią. By mogli pojeździć po innych ośrodkach kultury, innych scenach, a z takim repertuarem to się udaje. Ze spektaklami autorskimi jest trudniej. Mają one zupełnie inny cel. Wracając do tego, co ważne – spektakl autorski jest zawsze bliski ich sercu, ich dojrzałości. Po prostu pytam ich, o czym chcieliby opowiedzieć na scenie? Co ich boli, co ciekawi, z czym się borykają?

W takim razie można powiedzieć, że teatr to dla nich forma terapii.

Teatr amatorski jest jak najbardziej terapią! Zwłaszcza dla młodzieży, bo dzieci traktują go bardziej zabawowo. Ale nic w tym dziwnego, dziecko ma troszkę czystszy umysł od nastolatka, którym targają hormony, emocje, niespełnione miłości, lęk przed przyszłością, wyborem ścieżki zawodowej, oczekiwaniami rodziców, czasem kiepskimi relacjami z nimi. Zatem są oni na zupełnie innym etapie rozwoju wewnętrznego. Czasem wchodzimy w smutny ton, podszyty obawami. Staram się ich od tego odkleić, bo nie chcę robić teatru smutnego, z finałem bez nadziei na przyszłość. Nie chcę iść w tę stronę. Bywa, że przychodzę z zalążkiem tematu i sprawdzam, czy on zaciekawi aktorów. I tak tworzymy inspirując się nawzajem.

Co Tobie dał teatr?

To kim jestem, to jaką jestem osobą, ukształtowali moi rodzice i teatr, tak myślę. Teatr przede wszystkim bardzo mocno podbudował moją pewność siebie. Nie boję się mówić, mam łatwość w nawiązywaniu relacji, pozbyłam się nieśmiałości. On pojawił się w takim etapie mojego życia, że pomógł mi poradzić sobie z wieloma emocjami, zduszonymi gdzieś w środku. Dał mi wiele przyjaźni, radości, uwrażliwił mnie. Dał mi pomysł na życie zawodowe. Gdybym nie miała teatru takiego w sobie, to myślę, że miałabym pustkę. Po części odczuwam ją i teraz, bo nie gram, ponieważ rola mamy pochłonęła mnie całkowicie i staram się jakoś zrównoważyć w swoim życiu czas poświęcony na życie rodzinne i pasję. Wiem, że tak musi być, niemniej brakuje mi tego! Co więcej, będąc instruktorem warto też stawiać się po tej drugiej stornie i poczuć samemu z czym mierzą się aktorzy, którym każe się coś zrobić. Ta zamiana ról pozwala uchwycić problem, z jakim oni się borykają.

Jaka była rola dla Ciebie najważniejsza?

W „Nowym wyzwoleniu” Witkacego zagrałam postać Tatiany i była to bardzo wymagająca rola. Trudna postać do zagrania, kobiety nieoczywistej, trochę złej, uwikłanej w dziwne relacje z mężczyznami. Musiałam uruchomić pokłady wyrachowania. Stać się demonem, nie kobietą, co było ciężkie do zagrania. Praca nad rolą polega nie tylko na tym, że uczę się tekstu, scen, ale ja cały czas „chodzę” z tą postacią. Myję nią zęby, mieszam nią zupę, jadę nią autobusem – słowem, cały czas nią żyję i zastanawiam się jak ona zareagowałaby na daną sytuację. Po premierze tego spektaklu bardzo ciężko było mi się odkleić od tej postaci. Witkacy stawia wyzwania aktorom, co poczułam nie tylko ja, ale każdy, kto grał w tym spektaklu. Z końcowego efektu byłam zadowolona, choć teraz zagrałabym pewnie inaczej. W ogóle jak sięgam myślami do spektakli, które zagrałam lub które wyreżyserowałam, miałabym wielką ochotę wziąć je jeszcze raz i zrobić inaczej, z inną dojrzałością i innym doświadczeniem. Takie podejście bywa jednak zgubne, bo mogłoby się okazać, że mnie teraz wydaje się, że mogłabym zrobić coś lepiej, a niekoniecznie musiałoby tak być. Ciągłe dążenie do poprawiania po sobie, nie jest zdrowe. Czasem trzeba coś odhaczyć, zostawić i pójść dalej. Chociaż jest jeden spektakl, który zamierzam zrobić ponownie – „Małpa przed telewizorem” ponieważ uważam, że jest tematem zmarnowanym. Zagraliśmy go z „Szydłem” dwa razy i z przyczyn osobistych musiałam na moment zawiesić teatr. A temat był mocny i nośny. Ten spektakl odpowiadał na pytanie: co by się stało, gdyby małpa usiadła przed telewizorem i zaczęła oglądać treści kanału po kanale? Co by zobaczyła i co by się wydarzyło w jej głowie? I kim jest ta małpa?

Jak pamiętam, to sztuka w finale wystawiająca nam niezbyt pochlebną opinię.

Niestety tak, ale też daje nadzieję, że można się „odmałpić”. Spojrzeć w lustro, na swoje życie krytycznie i z refleksją. Bardzo chciałabym robić teatr, bo to moja przestrzeń. Ale chcę też zaznaczyć, że jestem przede wszystkim pedagogiem i instruktorem. Reżyserem i aktorką bywam. Życie swoje związałam nie z teatrem zawodowym i o takim teatrze wiem niewiele. Koncertuję się na teatrze amatorskim, miłośniczym, który żywo mnie interesuje. Festiwale teatrów amatorskich, dziecięcych to jest mój świat.

Chciałabyś spróbować wejść w świat teatru zawodowego?

Musiałabym uzupełnić swojej wykształcenie i pójść na studia reżyserskie, by zacząć pracę z aktorami zawodowymi. Innej drogi nie ma. Zatem reżysersko nie, ale aktorsko tak. Chciałabym kiedyś zagrać z aktorami zawodowymi. Stanąć na scenie i poczuć tę energię płynącą od nich. Niemniej, dobrze mi jest z moim miłośnikami. Dla których serce do teatru jest motorem napędowym. I ja ten zapał od nich chłonę! Nagle próba, która ma trwać trzy godziny, mija w dziesięć minut. To niebywałe, wiem, że przychodzą tu, bo chcą! Mam już na koncie absolwentów, którzy pracują w różnych miejscach i miastach. Czasem się ze mną kontaktują i mówią, że ten teatr dał im wiele! Nauczyli się pracy w grupie, artykułowania swoich potrzeb, asertywności. Nie boją się być liderami, świetnie radzą sobie na rynku pracy. Są też dwie dziewczyny, które m.in. dzięki doświadczeniu teatralnemu, świetnie realizują się w roli mam, bo czerpią z niego inspirację i bawią się twórczo ze swoimi dziećmi. Dzięki temu wiem, że nie był to zmarnowany czas w ich życiu. I mojego też teatr nie marnuje. Uważam, że osoby zajmujące się edukacją artystyczną, kulturalną, sportową są ważnymi drogowskazami na życiowej drodze młodych ludzi. Mamy istotną rolę do spełnienia, którą warto realizować z pasją i pełnym przekonaniem o jej słuszności.

Rozmawiała: Magdalena Szymańska

źródło: Gazeta Wodzisławska